Takeru niczym G-Dragon?

Czyli o sprawie mocno rozdmuchanej aczkolwiek faktycznie wzbudzającej emocje. 

       Lewa:  Takeru - Prawa: G-Dragon
Takeru, wokalista SuG, popularnej grupy Oshare Kei niedawno (20.11.2013) wydał solowy mini album „Uwakimono”. Piosenką promującą jest „I Kyou U”. W czym leży problem? W tym, że w tej twórczości Takeru odszedł od prezentowanego wcześniej stylu do którego przyzwyczajeni byli fani. Jakkolwiek zdania na temat utworu oczywiście były podzielone, jednym się podoba drugim nie [osobiście jestem wielką fanką jego solowej twórczości] o tyle pojawiła się wszędzie dyskusja na temat podobieństwa Takeru do G-Dragona. Można by rzecz, żywej ikony k-popu. Ale aby zrozumieć o czym mowa dla tych którzy jeszcze "I Kyou U" nie słyszeli wstawiam teledysk.  
Jak wiadomo wszystkim choć minimalnie interesującym się postacią Takeru jest on wielkim fanem G- Dragona (choć ogólnie bardzo lubi YG Family) więc poszukując nowej drogi muzycznej dla siebie z pewnością między innymi kierował się inspiracją jego osobą. Prawdę mówiąc z początku bym nie porównywała stylistyki „I Kyou U” do GD jednak gdy przeczytałam dyskusję na yt a potem szukając różnych informacji zobaczyłam, że w wielu miejscach ludzie mówią tylko o tym jednym, sama więc zaczęłam na to zwracać uwagę i się nad tym zastanawiać. Być może, faktycznie jest coś takiego minimalnie w stylistyce co przywodzi na myśl GD… gdybym miała wskazać pierwiastek podobieństwa to chyba bym powiedziała, że muzycznie chodzi o fakt iż piosenka nie jest typowo melodyjna a refren szczególnie wyodrębniony. Innym elementem który jak sądzę, może być jakoś kojarzony z GD są momenty gdy Takeru w teledysku grasuje po ulicach. Prawdopodobnie niektóre jego ruchy przywodzą ludziom na myśl rapera Big Bang z teledysku „Crooked”… lecz co powiedzieć chociażby o nawiązaniu do tradycyjnej muzyki japońskiej? To też niby jest od kogoś skopiowane? Moim zdaniem jest to utwór który wnosi coś zupełnie nowego i świeżego nawet jeżeli w jakiś sposób stylistycznie jest podobny do twórczości GD. A gdyby nawet był bardzo podobny to jakoś gdy wychodzi na rynek kolejny bezsensowny teledysk młodego boysbandu w którym panowie tańczą, stroją niby groźne minki i rozrywają swoje koszulki to jakoś nikt nie mówi, że to jest kopia zespołu A a zespół A skopiował ją od zespołu B. No, właściwie ciężko już byłoby się połapać kto, co i jak tyle tego jest. Tak samo sprawa ta tyczy się zespołów j-rockowych. Wychodzi piosenka zespołu A która nie różni się niczym od całego alfabetu innych zespołów i jakoś nikt nie mówi o kopiowaniu albo czerpaniu inspiracji z innych bandów. Ale prawdą jest, że Takeru brał pod uwagę k-pop tworząc swój album. Jak sam powiedział, na japońskim rynku nic się nie zmienia a k-pop stał się pewnego rodzaju jego inspiracją. I to jest kolejny zarzut jaki mu postawili fani j-rocka.
„I Kyou U” jest zbyt k-popowe. Cóż, trochę dziwne, że nie j-popowe. Ja wiem, że Japonia bardzo lubi kicz i większości popularnych artystów i z teledysków i muzyki się on wręcz wylewa no ale bez przesady. Są też tacy którzy mają normalne (dla nas) teledyski i jakoś nikt nie nazywa tego k-popem.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że ja bronię utworu mówiąc, że „I Kyou U” nie ma nic wspólnego z koreańską sceną muzyczną mimo że artysta faktycznie nawiązywał do k-popu. Chodzi mi o to, że istnieje ogromna różnica między inspiracją dzięki której potrafi się stworzyć coś wyjątkowego, swojego i charakterystycznego a typowym kopiowaniem. „I Kyou U” nie jest piosenką [według mnie] którą można skomentować „jest podobna do utworów GD”  albo „za bardzo w stylu GD” dlatego czuję potrzebę obronienia jej, stąd dzisiejsza notka jest tak bardzo subiektywna.
Wracając jednak do Takeru vs. GD to chodzą pogłoski, że faktycznie ci dwaj panowie będą ze sobą współpracować jako, że GD ma wziąć pod swoje skrzydła wokalistę SuG. Czy to prawda? Na razie nic konkretnie nie wiadomo. Być może coś się rozjaśni wraz z wyjściem obszernego wywiadu z Takeru 23 kwietnia. Jeżeli pojawi się coś ciekawego i oficjalnie potwierdzonego z pewnością od razu napiszę. Osobiście byłabym nadzwyczaj uradowana potwierdzeniem tych plotek. :D

A co Wy sądzicie o całej tej sprawie i samym „I Kyou U”?
___________________________________
Źródła:
http://shattered-tranquility.net/index.php/04/01/uwakimono-goes-kyou-pop/        

Koncert Miyaviego w Polsce (23.03.2014)

Czyli subiektywna relacja z wydarzenia

Zanim przejdę do sedna tematu muszę przyznać, że długo się zastanawiałam nad tym czy go poruszać. Nie to, że jest kontrowersyjny czy cokolwiek innego tylko zakładając tego bloga byłam zdecydowana, że skupię się na wyjaśnianiu przeróżnych ciekawostek, zjawisk, środowisk itp. Z góry założyłam, że recenzje czy relacje z wydarzeń nie będą się pojawiały na moim blogu bo po prostu mi to nie leży, bo wiele innych stron też coś napisze i to znacznie bardziej profesjonalnie. I faktycznie tak było. Bywałam na różnych koncertach i pisać nie miałam o nich ochoty jednak teraz nie wiedzieć czemu coś się zmieniło. Stąd powstało moje pytanie czy zrobić wyjątek czy olać chwilową zachciankę. Cóż, spróbujemy zobaczymy.


Przybyłam pod klub koło 17 i oczywiście ujrzałam już zgromadzone tłumy i to naprawdę całkiem spore. Było wesoło, gwarno ale spokojnie lecz drzwi były już całkowicie okupywane. Widząc to uznałam, że trudno, stanę sobie już w kolejce. I tak staliśmy jeszcze długo… biorąc pod uwagę, że miło gawędziłam z ludźmi o podobnych zainteresowaniach to ten czas szybko i przyjemnie mijał jednak biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy już tuż tuż od spotkania i usłyszenia Miva na żywo a jednak coś nas jeszcze dzieliło wzmagało niecierpliwość. No ale w końcu doczekaliśmy się upragnionego otwarcia. Krzyk, pisk, pchanie się do drzwi, ludzie spadają ze schodów… na szczęście ja byłam po tej drugiej stronie gdzie schodów brak. W końcu dostałam się do klubu. Na pewno daleko mi było do powiedzenia, że jako jedna z pierwszych ale na pewno też daleko było mi od bycia jedną z ostatnich [a ktoś mi mówił, że kolejka ciągnęła się do ulicy]. Stanęłam sobie tak mniej więcej w czwartym rzędzie i czekałam bo do samego koncertu zostało jeszcze sporo czasu. Oczywiście po jakimś czasie zaczęto skandować w niedługich odstępach od siebie imię artysty a krzyki gdy wchodzili goście od sprzętu nie miały końca. xP  Ale w końcu wyszedł Miyavi! I świat runął! Cóż, wręcz dosłownie dla połowy widowni ponieważ ludzie poprzewracali się niczym domino. I znów, miałam to szczęście że byłam po właściwej stronie! Co więcej! Jak ludzie rzucili się do przodu jak i utworzyli falę podskakujących ciał gdy nasza gwiazdka wyszła to aż zostałam przepchnięta do drugiego rzędu! Nie wytrzymałam tam długo ponieważ wylądowałam między trzema bardzo dużymi i pulchnymi dziewczynami. Owszem, między nimi widziałam świetnie, całego Miyaviego [ do tej pory ciężko uwierzyć, że ten przystojny facet w
przezroczystej, rozchełstanej koszuli i przyległych spodenkach w zeberkę to ponad trzydziestoletni gość który ma dzieci!] ale bycie miażdżonym między trzema takimi osobnikami jest nad wyraz tragiczne abym była w stanie wytrzymać przez cały koncert. Ale powiem szczerze, że o ile ciężko się przebić na przód o tyle się z niego wycofać jest równie trudno! Wiadomo jak to jest na koncercie wykonawcy który jest u nas raz na kilka lat. Każdy chce być najbliżej niego i zobaczyć jak najwięcej. Ale jakoś pomału się wygrzebałam. Widziałam gorzej ale miałam trochę więcej ruchu. I w tym właśnie momencie zaczęła się dla mnie prawdziwa radość płynąca z koncertu. Śpiew, ruch, gorąc, muzyka i ogromne zadowolenie wszystkich. Jedną z pierwszych piosenek było uwielbiane przeze mnie „Chase It”, chyba ten utwór lubię najbardziej z nowej płyty tak więc z pewnością rozumiecie jaką radość mi sprawiło usłyszenie jej na żywo i to właściwie niemal od razu. :D Niemniej wydaje mi się, że to była jedna z najcichszych piosenek w wykonaniu fanów ponieważ nie słyszałam raczej żadnych śpiewów. A z reguły przy każdej piosence choć tę najbardziej wpadającą część w pamięć śpiewaliśmy.
Nie jestem w stanie powiedzieć jakie piosenki następowały po sobie ani nie jestem pewna czy aby wszystkie pamiętam ale według mnie świetnie wszyscy się bawili razem z Mivem przy „Cry like his” kiedy przekrzykiwał się z nami różnymi wariacjami „ooo” jeszcze przed utworem albo właściwe pokazywał nam w jaką melodię owo „o” krzyczeć co oczywiście wszyscy z chęcią robiliśmy. W pewnym momencie muszę przyznać, że brakowało mi już powietrza w płucach! Ale daliśmy radę! I zaczęła się piosenka w której „ooo” występuje. Jednocześnie tak jak Miyavi pokazał machaliśmy rękami na boki. Ale najlepsza była końcówka kiedy przestała grać muzyka i śpiewaliśmy fragment piosenki. Naprawdę nieźle było nas słychać! To było świetne! 
Równie dobrze bawiłam się przy „Secret” piosence którą prawdę mówiąc średnio lubiłam zanim usłyszałam ją na żywo. Ale refren, szczególnie „tell me your secret” doskonale się krzyczało razem z tumultem innych gardeł. Odrobinę wprawiającą mnie w zdziwienie była piosenka „WHAT’S MY NAME”. Gdy później miałam okazję oglądać nagrania z koncertu to w sumie wszystko brzmiało w miarę przyzwoicie ale w czasie utworu ewidentnie wiele osób [przynajmniej wokoło mnie] nie do końca wiedziało co i jak śpiewać. Chodzi mi o to że formuła „what's my name?” jest wręcz wypluwana jedna za drugą przez Miyaviego i ciężko między nie wcisnąć nawet jedno słówko „Miyavi”, szczególnie dużej ilości ludzi którzy przecież na co dzień nie ćwiczą krzyczenia „Miyavi” między słowami piosenki. :P Dodatkowym problemem był fakt, że znając tekst zawsze chce się go śpiewać więc ludzie śpiewali to „whats my name” i nie zdążali dodać na bezdechu „Miyavi” bo potrzebowali zaczerpnąć powietrza a owy artysta już śpiewał po raz kolejny trzy tytułowe słówka. Ale jak wspomniałam wcześniej później na nagraniach zdecydowana większość jakoś upychała to „Miyavi” i na nagraniu nie słychać tego niezdecydowania czy niedociągnięć co mnie bardzo ucieszyło. Wzruszającym utworem oczywiście należy nazwać „Guard you”. Scena pociemniała, rozbłysły niebieskie światła, tłum się uspokoił a świat zmalał do Miyaviego i jego spokojnej, smutnej piosenki. Oto kolejny utwór który wywarł na mnie ogromne wrażenie a który przed koncertem nie wywoływał we mnie większych emocji. Byłam szczerze poruszona jej wykonaniem. Za to utworem na który chyba każdy oczekiwał było oczywiście „Selfish Love”. Gdy tylko Miyavi powiedział, że to co bardzo sobie zapamiętał z poprzedniej wizyty w Polsce to bardzo głośno zaśpiewana piosenka [być może nie powiedział tego dosłownie, trochę czasu od koncertu już minęło więc mogłam coś przekręcić ale ogólnie taki był sens jego słów] to każdy już wiedział o co chodzi i oczywiście rozległy się krzyki radości. Czy powtórzyliśmy sukces? Według mnie niestety nie… Było naprawdę głośno i świetnie a refren był naprawdę huczny jednak zwrotki nie były już tak dobrze zaśpiewane jak w Gdańsku. Normalnie, wykonanie w ten sposób przez fanów „Selfish Love” byłoby powodem do dumy [i jest] jednak mając porównanie z tym co pokazaliśmy wcześniej to trochę się opuściliśmy w wynikach. Cóż, za trzecim razem będzie lepiej. :D Brawurowo wykonaną piosenką według mnie było także „Horizon” gdzie naprawdę wszyscy postarali się i śpiewać i skakać i w ogóle wszystko! I coś na dowód. Naprawdę niezłej jakości nagranie wykonane przez Natalię Dolińską jak można się dowiedzieć z informacji zawartych pod filmikiem. Końcówka jest świetna. :D 

Miłym zaskoczeniem [bardzo wzruszającym] także dla większości było „Kimi ni negai wo” które również z oddaniem staraliśmy się zaśpiewać jednocześnie akompaniując Miyaviemu rytmicznym klaskiem w dużej części utworu. Powstał taki przyjemny, trochę spokojniejszy klimat w tym czasie. 
Ogólnie rzecz ujmując większość utworów pochodziła z nowej płyty jako, że jest to trasa promocyjna albumu tak więc wystąpiło i „Day 1” czy „Justice” itd. Musze przyznać, że gdyby nie rozdawana na początku woda w butelkach a potem w plastikowych kubkach to chyba bym nie wytrzymała tego gorąca, duchoty i ścisku. Każdy łapczywie brał chociaż łyk i podawał dalej. Jednak najlepszym elementem kojarzącym mi się z wodą był ten gdy Miv wylewał ją na fanów. I miałam to szczęście, że jakimś cudem wylał mi jej sporo wprost w dekolt. Haha. Niestety nie miałam już tego szczęścia dotknąć jego dłoni gdy się wyciągał na koniec do fanów. A jakoś bardzo mi do niego nie brakowało! TT_TT To o czym warto wspomnieć to fakt, że nasz ukochany gitarzysta naprawdę sporo z nami rozmawiał. Cóż, może lepiej to określić mianem mówienia – oczywiście dopóki mu nie przerwaliśmy głośnym wrzaskiem co się co jakiś czas zdarzało właściwie bez większego powodu choć czasami usiedzieliśmy w ciszy słuchając. Wydaje mi się, że najciszej było gdy Miyavi mówił o tym iż muzyka jedna ludzi a także wspomniał [ku mojemu zdziwieniu] o Ukrainie. Bardzo miło mnie zaskoczyło, że wie co się dzieje i nie jest obojętny na to. Najgłośniej za to było gdy powiedział „kocham was” albo „dziękuję” – co prawda mocno zdeformowane ale zrozumiałe. Wydaje mi się, że wtedy każdy zdzierał sobie gardło z powszechnej radości [ i żeby to tylko raz mówił!]! Co więcej, przedstawił się i mówił, że się dobrze bawi! - po polsku. :D Nawet Bobo powiedział „kocham was”, cóż, wtedy też sufit się zatrząsł w posadach od radości. Było także sporo momentów gdy w uniesieniu szczęścia nie tylko krzyczeliśmy bądź skandowaliśmy lecz ludzie na trybunach/schodach tupali w rytm i powstawała naprawdę potężna fala uwielbienia skierowana do Miva. Najbardziej wzruszający moment koncertu? Zdecydowanie sama końcówka, gdy Miyavi zrobił już sobie zdjęcia na tle tłumu z naszą flagą i odrobinę później zaczęliśmy śpiewać część piosenki „we love you” a on odpowiedział, że nas kocha! Było co prawda trochę problemów bo ciężko było się zorientować czy już śpiewamy i który moment poprzez przeróżne krzyki ale udało się, szczególnie ostatnią formułkę tak więc… wywołaliśmy uśmiech na ustach Miyaviego co spowodowało naszą radość i tak pomału japoński gitarzysta opuścił scenę pozostawiając naprawdę przeszczęśliwych fanów za sobą.       
   

Podobno na spotkaniu VIP powiedział, że tak świetnej publiczności nie miał nawet w Paryżu. :D

Cóż, mam nadzieję, że moja relacja, mocno subiektywna i mało profesjonalna nie jest taka najgorsza. ^^

Co Azjaci sądzą o Polsce?

Ułamek jednej z tysięcznych odpowiedzi.
To oczywista oczywistość, że wraz z fascynacją Japonią/Koreą czy innymi krajami Azji zaczynamy się zastanawiać co oni wiedzą bądź sądzą o naszym rodzimym kraju, czy choć odrobinę wydajemy się im ciekawi? Dzisiaj nie wstawiam, żadnych ankiet typu „co wiesz o Polsce?” ani nic podobnego a bohaterzy naszego dzisiejszego tematu wcale nie będą przypadkowo zaczepionymi przechodniami na ulicy. Być może znacie program Polandia. A jeżeli nie to spieszę z wyjaśnieniem: są to kilku-kilkunasto minutowe filmiki w czasie których osoby z różnych krajów a które obecnie mieszkają w Polsce odpowiadają na pytania powiązane z naszym krajem. Co u nas lubią a czego nie, co ich zaskoczyło i co najbardziej różni się od ich rodzimego kraju itd.itp.
                                                                Mariko z Japonii
Jenny z Korei
Yuan Lin z Chin
Oczywiście jeżeli jesteście ciekawi wypowiedzi osób z innych krajów to wystarczy tylko poszukać bo z pewnością są czy chodzi Wam o Tajwan, Tajlandię, Hong Kong, Mongolię czy jakikolwiek inny. Ja nie chciałam już wstawiać tutaj pół yt więc wybrałam trzy filmiki dotyczące tych najpopularniejszych krajów wśród fanów Azji. 


Ero Lolita

„Słodko-kwaśny” mix
Ero Lolita jest dosyć kontrowersyjnym i trudnym rodzajem Lolita Fashion. Można również powiedzieć, że raczej nie praktykowanym za często. Ten styl jest zdecydowanie bardziej okazjonalny niż inne, ubierany np. do klubu tematycznego itp.  Słówko „ero” oczywiście pochodzi od słowa „erotic” co może zdziwić ponieważ, zawsze gdy mowa o Lolita Fashion nacisk kładzie się na niewinność, dziewczęcość itd. Erotyka to raczek skrajnie odwrotne stwierdzenie jednak oczywiście ktoś musiał wpaść na pomysł aby połączyć obie tak różne rzeczy w jedno. xP Oczywiście styl ten z założenia nie ma być wulgarny mimo odkrycia niektórych części ciała (głównie chodzi o eksponowanie nóg). Z założenia Ero Lolita ma pozostać lolitą która po prostu jest świadoma swojej seksualności co okazuje poprzez bardziej dojrzały i kobiecy ubiór. Jest to styl trudny ponieważ zachowanie balansu i nie przekroczenie granicy w żadną stronę jest ciężkie. Jeżeli chodzi o ubiór to częstym gościem w strojach Ero są gorseciki, podwiązki, pończochy, różne nakrycia głowy czy spódnice-klatki i co ważne dół stroju nie zawsze stanowi spódnica a wręcz bardzo często spodenki koronkowe/ lateksowe itd. Ero Lolity nie są określane za pomocą kolorów więc mogą operować wszystkimi barwami jednak zdecydowanie najczęściej można u nich zobaczyć biel i czerń, czasem czerwień a jeżeli już mowa o specyfice stroju to nie mogę pominąć faktu iż częstym materiałem który jest wykorzystywany poza oczywistymi koronkami, tiulami itp. jest wspomniany wcześniej lateks. Sporą inspiracją dla tego nurtu jest sztuka (rysunki) Mitsukazu Mihara i Sakizo. Co ciekawe po części Manę również można zaliczyć do tego nurtu więc i on jest pierwowzorem z którego można czerpać inspiracje.Tak więc jak widać styl ten jawi się bardzo ciekawie ale moim osobistym zdaniem tylko teoretycznie. Praktycznie Ero Lolita jest katastrofą. Te które usiłują zaprezentować ten styl robią to na trzy sposoby ale żaden z nich nie jest właściwy. 
I opcja – część seksualna jest mało akcentowana bądź przedstawiona w dosyć nieumiejętny sposób, przez co Ero Lolita niby nią jest a jednak nie bardzo... 
Niby sukienka jest krótsza i dziewczyna ma satynowe rękawiczki
ale jakoś i tak bardziej widzę w tym nieudaną Gothic Loli aniżeli Ero.
II opcja – dokładnie w drugą stronę. Skupiając się na byciu erotycznym Lolita zapomina o byciu Lolitką bądź strój jest mocno przekombinowany.
Ani to stylowe, ani podobne do Lolity ani seksowne...
III opcja – powiedzmy, że balans jest zachowany lecz strój prezentuje się mizernie i mało apetycznie. Bo do tego stylu trzeba dobranych ciuchów i dużo smaku. Podarte pończochy i pierwszy lepszy gorset czy byle jaka lateksowa kiecka jeszcze z nikogo nie czynią ponętnej osoby [co z założenia ma być cechą Ero Lolity].  
Niby lolicia sukienka, niby lateks a jednak to
wygląda bardziej kiczowato i topornie niż cokolwiek innego.
Cóż, może znalazło by się sporo Lolit które by dobrze prezentowało ten styl ale, że jak wspomniałam wcześniej jest on rzadko występujący to i mało osób bierze go na warsztat a jeszcze mniej osób wrzuca te zdjęcia do sieci tak więc na chwilę obecną Ero Lolita jest stylem [jak dla mnie] niesmacznym i lekko odpychającym. Ale wiadomo, że zdarzy się zobaczyć coś naprawdę dobrego. Poza tym ostatnio zauważyłam, że jakoś polepsza się i udało mi się znaleźć sporo fotek których wcześniej przekopując internet nie widziałam a są w większości naprawdę niezłe. Oto stylizacje które moim zdaniem są naprawdę świetne i powinny służyć za przykład:

                                     




Na koniec pragnę podkreślić, że wszystkie zdjęcia jakie by nie były przedstawiają Ero Lolity a ich podział wynika jedynie z mojego osobistego podejścia do sprawy. 
I jak, podoba Wam się ten styl? 


  

Wyrastanie z Visual Kei

Coś co chyba spotka lub już spotkało każdego z nas.
W tym poście w dużej mierze będę opierać się na swoich odczuciach i obserwacjach więc jest możliwość, że ktoś może skrajnie się nie zgadzać z moim osądem. Tak więc proszę o zrozumienie.
Moja przygoda z Visual Kei rozpoczęła się mniej więcej w wieku 13 lat. Była to ogromna fascynacja. Kolorowe wymyślne stroje i panowie idealni niczym lalki wywierali na mnie wielkie wrażenie a należy nie zapominać jeszcze o ciekawym, innym języku, specyficznym zachowaniu na scenie itd. Coś tak zupełnie odmiennego od zwykłego życia i tak odległego od europejskich standardów było dla mnie oczywiście niczym lep na muchy. Pożerałam zespół za zespołem. Jako młoda osoba nie dostrzegałam mankamentów. Jednak z wiekiem zaczęłam wyrabiać sobie pomału smak muzyczny jak i coraz mniej podobali mi się mocno przerysowani j-rockowcy. Cóż, można powiedzieć, że jako dojrzewająca kobieta zaczęłam dostrzegać, że seksowniejszy wydaje mi się facet w garniturze aniżeli gość przypominający damską lalkę ubraną w skrawki lateksu. I tak pomału zaczęłam się odsuwać od Visual Kei. Nie mówię, że całkowicie. Myślę, że należy tu raczej powiedzieć o staniu się wybrednym bo w żaden sposób nie zainteresuje mnie zespół w przegiętych, tandetnych strojach i zmiksowanej papce zamiast dobrej muzyki [ba! Czasem to nawet niektórzy wzbudzają we mnie ciężkie pożałowanie].
Po lewej VK którego nie trawię a po prawej jego forma którą wręcz kocham.
Niemniej to nie zmienia faktu, że moje ukochane zespoły [bądź soliści] miały bądź ciągle coś mają wspólnego z Visual Kei. Takie jak: Dir en grey, X-Japan, Morrie, Hide, Luna Sea, Kiyoharu itd. Świetnym przykładem według mnie na kostiumy mocno VK wykonane z klasą które do tej pory robią na mnie wrażenie a nie budzą jakiegoś niesmaku są wykonane przez Versailles. Ale to chyba mocno osobista kwestia gustu co jest dobre a co nie. Tak więc to tylko moja opinia…
W podtytule napisałam, że takie przejście z zachwytu w raczej brak zainteresowania zdarzy się każdemu i właśnie tak sądzę. W różnym wieku, po różnych okresach czasu i w różnym stopniu ale jednak. W moim wypadku będą to trzy lata niezdrowej fascynacji po których wszystkie kolorowe kreacje i nowe Visual Kei przestały robić na mnie wrażenie i przeniosłam się do korzeni Visual Kei [ to będzie już jakoś ponad dwa lata jak zmieniłam swoje zainteresowanie]. Zatem stopień w  jakim zrezygnowałam z VK, można powiedzieć, że jest niewielki. Teoretycznie. Jednak gdy porównuję w praktyce to co kiedyś mi się podobało a to co teraz mi się podoba to są to tak diametralne zmiany, że aż kłujące w oczy.
Ale to tylko moja historia, jedna z tysięcy. Więc dlaczego sądzę, że to spotka każdego? Bo wydaje mi się, że Visual Kei jest czymś z czego się wyrasta. Mogę to przyrównać do zabawki. W dzieciństwie lalka nas fascynowała. Jej ubranka, wygląd, to, że dawała nam możliwość zabawy na różne sposoby, pobudzała naszą wyobraźnię ale z czasem gdy zaczęliśmy dorastać zmienialiśmy się. Zaczęliśmy potrzebować czegoś poważniejszego niż plastikowe buciki i sztuczne włosy. A zabawa już się nam znudziła. Po części uważam także, że w obecnym czasie zespoły VK nie potrafią już być indywidualne. Patrzy się na kilka różnych zespołów i nie widać różnicy. Co ma nas niby w tym zachęcić do pozostania w danym nurcie? Każdy, nawet fan danego gatunku poczuje się dosyć znużony tym faktem. Zauważyłam również że nie rzadki udział w procesie oddalenia się od Visual kei jest… k-pop. Naprawdę, znam do groma osób które po wciągnięciu się w koreańską muzykę przestało interesować się japońskim rockiem w mniejszym lub większym stopniu. I prawdę mówiąc ja również należę do takich osób.

Myślę, że może to być odrobinę drażliwy temat aczkolwiek mam nadzieję, że zostanie dobrze przyjęty. Jestem ciekawa Waszych poglądów na tę sprawę a także jak to jest bądź było z VK w Waszym przypadku.^^